Libertarianin w Szanghaju

Naukę chińskiego rozpocząłem rok temu, kiedy to przyjechałem do Szanghaju po raz drugi, by tym razem osiedlić się na stałe.

Przy pierwszej wizycie moja znajomość języka ograniczyła się jedynie do “nihao“, które można przetłumaczyć na nasze popularne “cześć”.

Mówiąc “chiński” mam na myśli “mandaryński”, który jest oficjalnym i najczęściej używanym językiem w Chińskiej Republice Ludowej. Nie jest on jednak znany wszystkim mieszkańcom. Na południu kraju dominuje kantoński, który używany też jest w Hong Kongu oraz na Macau. Na zachodzie napotkać można języki arabskie. Do tego prawie każda prowincja, czasem nawet miasto, posiada swój własny dialekt: tybetański, siczuański, szanghajski.

Każdy dialekt różni się od mandaryńskiego w mniej lub bardziej znaczny sposób, czasem do takiego nawet stopnia, że komunikacja pomiędzy ludźmi z dwóch różnych rejonów jest niemożliwa. Tendencja ta powoli się zmienia, mandaryński staje się popularniejszy nie dzięki działaniom centralnego rządu w Pekinie, który stara się edukować społeczeństwo, lecz dzięki rozwijającej się gospodarce Chin. Nawet mieszkańcy Hong Kongu, którzy od pokoleń posługują się kantońskim, odnosząc się do mandaryńskiego często używają określenia “chiński”.

Początki nauki języka obcego zawsze są trudne, lecz w przypadku chińskiego, jest jeszcze ciężej. Dla przeciętnego Europejczyka modulacja głosu jest raczej rzadko spotykana (pewien Francuz starał mi się udowodnić, że w jego rodzimym języku można takowe znaleźć), natomiast w Państwie Środka trzeba oswoić się z “tonami”, które stosowane są powszechnie.

Chiński posiada pięć tonów – stały, rosnący, spadający, spadający/rosnący oraz neutralny (podobno kantoński posiada dodatkowe dwa).

Pierwsze lekcje poświecone są poznaniu wszystkich dźwięków występujących w chińskim oraz próbom imitacji tonów.

Z pierwszą częścią nie miałem problemów. Mi, Polakowi, o wiele łatwiej wypowiedzieć głoski podobne do “sz”, “cz” czy “dż”, niż koledze z Anglii.

Jeśli chodzi o tą drugą część związaną z tonacją, miałem z tym nie lada kłopot. Nawet teraz, po roku nauki, zdarza mi się zawahać, czy nawet zapomnieć o tym jakiego tonu powinienem użyć wypowiadając rzadziej używane wyrazy.

Wiele osób sądzi, że w przypadku chińskiego czy japońskiego najtrudniejszym do nauczenia się jest pismo, lecz mi ta część nauki przyszła najłatwiej.

Oczywiście na początku jest trudno, trzeba zapamiętać sekwencje kresek, układające się w znaczki. Każdemu z nich może odpowiadać kilka różnych dźwięków (zazwyczaj tylko jeden), jak i inne znaczenie, co jednak zdarza się już prawie zawsze.

Kluczem do rozwiązania tego problemu jest konsekwentne powtarzanie nowo poznanych znaków. Po pewnym czasie jest już łatwiej. Jesteśmy w stanie dostrzec różnice oraz podobieństwa pomiędzy znakami. Czasem możemy nawet dociec, czego dany znak dotyczy, umiejętnie interpretując jego część.

Po opanowaniu trzech tysięcy znaków, człowiek jest w stanie przeczytać gazetę. Potem pozostaje mu już tylko poznanie nowych konfiguracji oraz znaczeń w jakich znaki te mogą występować.

W nauce chińskiego ważne jest aby poświęcić jej dużo czasu i nie zniechęcać się zbyt szybko.

Michał Kowalkowski

You can leave a response, or trackback from your own site.

2 Responses to “Libertarianin w Szanghaju”

  1. Libertarian says:

    Dwa komenty wywalone za spam (klonowanie).

  2. Rosanna says:

    涼爽的文本。來自英國的問候 Nie wiem czy poprawnie to jest napisane ale tłumacz tak właśnie przetłumaczył :-)

Leave a Reply