Wyrugowanie przepisów karnych z norm dotyczących praw autorskich i pokrewnych – taki postulat przyjął kandydat w wyborach prezydenckich Janusz Korwin-Mikke w odpowiedzi na list polskich libertarian.
O ile nie zostanie pochłonięta przez wszechobecny szum informacyjny – deklaracja ta może okazać się niezwykle ważka. Postawienie takiego postulatu może w pewnym stopniu wpłynąć na efekt wyborczy jak i na szerszą debatę, która dotyczy granic ochrony tzw. własności intelektualnej.
W pierwszym przypadku możemy mówić o próbie zagospodarowania ogromnej rzeszy wyborców, która mocą czystych faktów dopuszcza swobodne dzielenie się plikami i niechętnie spogląda na inkwizycyjne ambicje korporacji medialnych.
W przypadku drugim mamy interesujący i nowatorski model struktury praw związanych z twórczością intelektualną. Model ten lokuje się pomiędzy współczesnym systemem inkwizycyjnym a postulowanym przez infoanarchistów modelem pełnej swobody informacyjnej.
“Pirat” przestaje być zwierzyną łowną, którą można poniewierać w dowolny sposób. Nie grozi mu więzienie, grzywna, ani przepadek mienia według widzimisię organów ścigania.
Odpowiedzialność “pirata” ulokowana zostaje w sferze cywilnej – wіaściciel praw autorskich musi wykazać i udowodnić szkodę, jej rozmiar i związek z działaniem pozwanego. Odpowiedzialność ma charakter cywilny i – powiedzmy to sobie otwarcie – cywilizowany.
Szkoda autora zrównana zostaje ze szkodą właściciela mieszkania, które zostało nieumyślnie zalane przez sąsiada z góry.
Właściciel zalanego mieszkania może zażądać odszkodowania, nie może jednak skutecznie wezwać policji, która sąsiada wygoni z łóżka, wywlecze z domu i wpakuje do w aresztu.
Jest jednak pewna różnica. Często “piractwo” uprawiane jest zupełnie świadomie tj. umyślnie. Czy utrzymując ochronę praw autorskich można równocześnie porzucić środki karne i ograniczyć się wyłącznie do cywilnych?
Powiedzmy sobie szczerze: ściągnięcie pliku mp3 samo w sobie szkody nie powoduje. Jeżeli utworu za pieniądze wcale nie zamierzam kupić i raczej z niego zrezygnuję niż wydam pieniądze to ściągnięcie pliku “pirackiego” w żaden sposób właścicielowi bezpośrednio nie zaszkodzi ani żadnych zysków go nie pozbawi. Właściciel nie straci ani jednego grosza.
Umyślność “piracenia” – inaczej niż w realiach własności materialnej – wcale nie oznacza zatem umyślnego szkodzenia. Tym samym mamy podstawę dekryminalizacji: “piractwo” nie podlega karze tak, jak nie podlega karze umyślne rozlanie kubka wody na własnej podłodze w takiej słusznej świadomości, że sąsiada na pewno nie zaleje.
Oczywiście okoliczności każdego przypadku mogą ten element rozwinąć zupełnie inaczej. Jeśli skopiuję czyjąś książkę i będę ją sprzedawał równolegle z tą samą książką, którą sprzedaje dysponujący swoimi prawami autor – wówczas uznać można, że umyślnie powoduję szkodę w jego zyskach, bo te wymiernie mu spadną. W przypadku takim, także w realiach po zniesieniu odpowiedzialności karnej, autor będzie mógł z powodzeniem dochodzić swoich roszczeń odszkodowawczych.
Jak więc widać – dekryminalizacja “piractwa” przy jednoczesnym zachowaniu praw autorskich nie oznacza, że właściciele tych praw pozbawieni zostaną środków do ich egzekwowania.
RSS Feed
Posted in Uncategorized
Tags: 
Ostatnio u Weissa było kilka audycji o piractwie, polecam odsłuchać: http://tnij.org/janusz_weiss_zetka