Postępująca dezorganizacja i zanik aparatu państwowego wydaje się być dla libertarianina zjawiskiem naturalnym i spodziewanym.
Kwestią do rozstrzygnięcia pozostaje to, jak ów proces będzie przebiegał i jaki będzie jego harmonogram. Wydaje się, że najbardziej prawdopodobne drogi są dwie.
Droga pierwsza to dezorganizacyjna czkawka. Rząd agresywnie walczy o swoją obecność w wielu dziedzinach życia (ubezpieczenia, edukacja, ochrona zdrowia, działalność charytatywna, kultura) i nieuchronnie na tych terenach ponosi spektakularne porażki.
Odpowiednio wielka i rozległa porażka generuje lokalny lub ogólny chaos. Z kolei chaos zapala w ludziach tęsknotę za rządem silnym i na takiej pożywce ów silny rząd kiełkuje i rozkwita.
O ile polityka nowego rządu ponownie idzie pod prąd rynkowym tendencjom do zaniku państwa – historia powtarza się wielokrotnie w coraz bardziej dramatycznych odsłonach. Ludzie są coraz biedniejsi a kryzysy coraz dokuczliwsze.
Sądzić należy, że kryzysy w edukacji lub służbie zdrowia, choć bardzo odczuwalne, nie są porównywalne z ewentualnym krachem ubezpieczeń społecznych (zapowiedzianym zresztą niedawno przez Roberta Gwiazdowskiego, od lat wieszczonym przez Janusza Korwin-Mikkego) lub krachem finansów rządowych. Połączenie obu tych plag doprowadzić może do stanu, w którym ludzie na ulicy umierać będą z głodu.
Wyrwanie się z tej sinusoidy upadków i wzlotów umożliwiają rządy, które przeciw ościeniowi wolnego rynku nie wierzgają. W taki właśnie sposób siłę wolnego rynku brały pod uwagę rządy Augusto Pinocheta w Chile, Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii czy Ronalda Reagana w Stanach Zjednoczonych,
Społeczne korzyści z rządów prorynkowych łatwo jednak ulegają zwietrzeniu w nawrotach etatyzmu. Efekt ten spowodowany jest mitem „państwa minimum”. Wzrost zamożności społeczeństwa robi wówczas za podstawę do pożądanego umocnienia rządu w owych sferach mistycznie niemal zastrzeżonych dla państwa: sądach, wojsku, policji itp. Umocnienie „państwa minimum” doprowadza do uzdrowienia i ponownego rozwoju rządowego pasożyta a w efekcie do ponownego zajęcia (a może i poszerzenia) opuszczonych wskutek wcześniejszego osłabienia żerowisk. W niedługim czasie „państwo minimum” zamienia się w „państwo maksimum” i kryzysowa sinusoida wraca.
Druga wersja scenariusza zaniku rządu zakłada takie jego działania, które nie idą pod prąd postępującej atrofii .
Ideologiczny libertarianizm zakłada, że wolny rynek należy wprowadzić natychmiast. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, że taki manewr ma szanse powodzenia podobne, jak wprowadzenie demokracji w starożytnym Egipcie. Brak odpowiedniego środowiska intelektualnego lub jego kruchość najprawdopodobniej zaowocuje gwałtownymi resentymentami prorządowymi, nawrotem etatyzmu i wejściem w sinusoidę kryzysów.
Tak więc celem uniknięcia tego nieprzyjemnego wahadła wskazane jest, aby rząd – świadomie lub nie – zsynchronizował własne działania z gwałtownym rozwojem rynku. Taki scenariusz zakłada, że rząd zamiast beznadziejnie walczyć z ekspansją wolnego rynku – stopniowo będzie ustępował tam, gdzie wolny rynek zaczyna być lepszy. Zgodnie z zasadą Henry’ego Forda: „jeśli czegoś nie potrafimy zrobić wydajniej, taniej i lepiej niż nasi konkurenci, nie ma sensu, żebyśmy to robili”.
Dla libertarianina jasne jest, że za chwilę nie będzie takich dziedzin, w których rząd będzie wydajniejszy od konkurentów wolnorynkowych. Do ostatniego polityka należeć będzie wybór, czy zostanie niesławnie wypchnięty z życia publicznego, czy też świadomie dokona historycznej, chlubnej czynności zgaszenia światła w gmachu Sejmu.
RSS Feed
Posted in Uncategorized 