Inflacja to kradzież doskonała – nikt nigdy nikogo nie złapał za rękę.
Ktoś (mniejsza o to kto) zwiększa ilość pieniądza w obiegu (mniejsza o to jak). Ilość towarów się nie zmienia a ilość pieniądza się zwiększa. Skutek: zwiększają się ceny towarów wyrażone w pieniądzu.
Gdyby ilość pieniądza zwiększyła się proporcjonalnie u każdego – nikt nie byłby stratny. Byłoby trochę niedogodności związanych z posługiwaniem się większą ilością jednostek pieniężnych (o tym, że może to być kłopotliwe przekonali się Niemcy, którzy kiedyś zamiast portfeli używali walizek).
Ceny mogą rosnąć a dochody – niekoniecznie. Oznaczać to może, że nowo wyemitowany pieniądz pojawił się u kogoś innego (mniejsza o to, u kogo).
Jeśli zwiększy się liczba pieniądza w obiegu to wyłącznie dzięki temu, że jakiś uczestnik obrotu te nowe pieniądze za darmo otrzymał – nie ma innej możliwości.
I tutaj widzimy naszego złodzieja – otrzymuje on pieniądze z powietrza. Gdy je wydaje – rosną ceny. Inni finansują jego prosperity płacąc za wszystko drożej niż dotychczas.
Kupując droższy bochenek chleba nikt z reguły nie myśli o tym, że nadwyżka ląduje w czyjejś kieszeni (i nie jest to kieszeń piekarza).
Tak wygląda inflacja – genialna forma kradzieży wynaleziona przez człowieka. Jedyną rzeczą, o którą musi zadbać złodziej, to przymusowość tego systemu.
O tyle jest to łatwe, że większość okradanych nie zdaje sobie z niczego sprawy.









