Fabryki świadectw

Jednym z argumentów wysuwanych przeciw całkowitemu wycofaniu się państwa z „edukacji” jest obecny niski poziom tzw. szkół prywatnych. 

Cóż – szkoda czasu na wgłębianie się w jakieś szczegółowe analizy, przyjmijmy, że jest tak w istocie i szkoły tzw. prywatne mają obecnie poziom nauczania niższy od szkół firmowanych przez państwowego molocha. 

Pomińmy jeszcze i ten fakt, że uwolnienie od edukacyjnego przymusu to kwestia nieco jednak inna niż kwestia kto jest właścicielem (nie wiem – ale czy przymusowe nauczanie na poziomie podstawowym nie może przypadkiem odbywać się i w szkole prywatnej?). 

Przyjmijmy te założenia i zastanówmy się: czemu obecne szkoły prywatne tak źle się kojarzą? 

Zacząć trzeba od tego, że sama tablica z napisem „szkoła” niekoniecznie musi oznaczać szkołę.  

Pewnie że nie! – odkrzykną zaraz etatyści. Żeby szkoła była szkołą (melodia od Jana Pietrzaka) muszą być spełnione określone warunki. Jakie warunki? Jakże to! Ustawowe! – dodadzą etatyści na jednym oddechu. 

No dobrze, to pytajmy dalej: czy ustawa może nazwać szkołą wszystko, co tylko ustawodawca uzna za szkołę? Tutaj już mechaniczne odpowiedzi etatystów się kończą i zaczyna się z reguły jakieś bliżej nieokreślone filozofowanie co to w istocie jest szkoła. 

Sokratejskim sposobem pytajmy dalej: czy każdy człowiek może np. bronić drugiego człowieka przed sądem? Nie może bo musi mieć określone uprawnienia. W czym się te uprawnienia wyrażają? No powiedzmy, że kolejno: świadectwem ukończenia szkoły podstawowej, świadectwem ukończenia gimnazjum, świadectwem ukończenia szkoły średniej, dyplomem ukończenia studiów wyższych no i ewentualnie papierami z aplikacji i egzaminu adwokackiego. 

A jeśli ktoś coś zrobi bez żądanych przez państwo uprawnień? To dostanie w łeb przewidzianą specjalnie na tę okazję represją. 

Tym sposobem uzależnia się możliwość wykonywania określonych działań od posiadania „świadectwa”. Tym samym sztucznie tworzy się pewne dobro na rynku o nazwie „świadectwo”. Tym samym powstaje na ten towar popyt. Tym samym pojawia się podaż. Tym samym pojawia się producent. Producent dobra o nazwie „świadectwo”. 

I tu właśnie jest klucz do tzw. poziomu niektórych tzw. szkół prywatnych. Tam się nie tyle naucza co produkuje świadectwa. W skrajnym przypadku samo nauczanie występuje o tyle, o ile trzeba zachować pozory przed ewentualnym nalotem państwowych kontrolerów. W skrajnym przypadku „szkoła” produkuje świadectwo, „uczeń” je nabywa i obie strony są zadowolone i uśmiechnięte. Prawie jak na bazarze :) 

Przypomina mi się sytuacja, gdy Ola przyjęła do tłumaczenia na język rosyjski pewien tekst. Kilka dni później Ola otrzymała telefon, że tłumaczenie było świetne, ów ktoś dostał szóstkę, bardzo się cieszy i jakby coś to jeszcze się zgłosi. Rosyjskiego nie znał ani w ząb, ale w końcu nie uczył się rosyjskiego tylko starał się o jakieś-tam świadectwo do czegoś-tam mu potrzebne. 

Wbrew pozorom „świadectwa” nie są istotne tylko w określonych zawodach typu lekarz, pielęgniarka, położna, adwokat, radca, notariusz. Przeciwnie: „uświadectwowienie” dotyczy naprawdę znacznej grupy miejsc pracy: od budżetówki począwszy na właścicielu firmy transportowej (ba – nawet jego kierowca musi mieć tzw. świadectwo kwalifikacji!) skończywszy. 

Co prawda ta „twarda” sfera świadectw znalazła przełożenie na sferę „miękką”, kiedy co prawda nie ma przepisu ale pracodawca i tak świadectwa lub dyplomu wymaga. Taka jakaś siła inercji. 

Szczęśliwie czasy te pomału się kończą, czytałem gdzieś (chyba na wp.pl), że wyższe wykształcenie zaczyna wręcz przeszkadzać przy poszukiwaniu pracy! Pewnie – kto potrzebuje zadufanego chłopka-roztropka, którego najważniejszą umiejętnością jest absorpcja podręczników? Nic dziwnego, że np. we Francji rynki pracy zdobywają hydraulicy a nie np. socjologowie. 

Sam kiedyś, wiedziony jakimś instynktem, zatrudniłem do swego działu pracownika z wykształceniem zawodowym, co zwierzchność bardzo miała mi za złe. Sprawdził się świetnie, w bardzo trudnych warunkach, przy silnej opozycji, udało nam się wdrożyć w całym zakładzie duży program ERP. Z sentymentem wspominam te batalie…

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply