Jak Zeus ciskanie piorunami, Posejdon burze morskie a Hefajstos wulkany – tak i państwo ma swoje atrybuty i prerogatywy w bogatej mitologii etatystów.
Jednym ze znanych i powtarzanych przez państwobojnych Polaków mitów jest mit o “drogach publicznych”.
Otóż rynek podobno “działa” w zakresie sprzedaży marchewki, tudzież pietruszki ale już jeśli idzie o drogi to jakaś tajemnicza Nemezis powoduje, że rynek “działać” nie chce i żadne błagania ani zaklęcia nie są go w stanie do tego namówić.
Przezornie nikt jednak wolnego rynku do dróg nie dopuszcza. Co prawda wiadomo, że nie działa ale jakby tak jednak zadziałał… lepiej już dmuchać na zimne.
Czemuż to jednak rynek jest tak wybredny i raz działa a raz nie działa?
Wyobraźmy sobie Polskę, w której nie ma dróg ale i nie ma państwa, toteż ciemny lud nie ma się skąd dowiedzieć, że rynek tu na nic.
Dróg nie ma a podróżować trzeba! Co robić?
Pomińmy wszelkie możliwe sposoby, jakich mogliby użyć pomysłowi Polacy aby ułatwić sobie podróże w kraju bez dróg (choć mogłyby one być nad wyraz ciekawe).
Zajrzyjmy do sypialni potwora, nędznego geszefciarza owładniętego szkaradną żądzą zysku. Monstrum to śpi niczym ktoś niewinny śniąc o betonowej wstążce, która połączy Dolny Śląsk z Podlasiem. Drogą przemykają samochody, mnóstwo samochodów, a każdy samochód to parę groszy… I konkurencji praktycznie żadnej. Monstrum budzi się a w jego oczach płonie straszliwa chciwość…
Od Dolnego Śląska aż do Podlasia ciągnie się mozaika złożona z dziesiątek tysięcy działek prywatnych do bezczelności Polaków.
Nie ma państwa a więc nie ma i ministra Jerzego Polaczka. Monstrum nie może go zatem poprosić o jednostronne wytyczenie drogi i wyrzucenie na zbity pysk właścicieli zapyziałych poletek. Musi bydlę kombinować inaczej.
Zbrojny najazd na ufortyfikowane mrowie działek (nie ma komu zabronić posiadania broni) też się zbytnio nie opłaca. Inne sposoby “pomocy” właścicielom w podjęciu decyzji również wyglądają na niezbyt bezpieczne.
Trzeba negocjować.
Jako, że dróg nie ma, to sądzić należy, że zyski z drogi będą bajeczne. Wpływa to oczywiście na ceny żądane przez właścicieli poszczególnych działek. Linia drogi wytyczona może być na wiele sposobów – to z kolei hamuje eskalację cenową oferentów.
Są i oczywiście tacy, którzy ani myślą wchodzić w ten układ. Nie i koniec.
Im więcej jest takich uparciuchów tym bardziej rosną ceny działek właścicieli gotowych do negocjacji i – paradoksalnie – oferta staje się dla nich atrakcyjniejsza a budowa drogi bardziej realna. Cóż bardziej naturalnego niż skorzystać z chwilowej koniunktury, sprzedać nieruchomość dwa razy drożej i kupić gdzie indziej a zaoszczędzoną połowę umieścić w kieszeni?…
Im sprawniej prowadzone są negocjacje (np. w Internecie, przy użyciu stosownego programu) tym szybciej krystalizuje się projekt trasy aż do tego momentu, w którym jedną linię działek łączy jak piorun kontrakt cywilny.
O tym, czy taki kontrakt rzeczywiście powstanie decyduje różnica potencjałów pomiędzy punktami, które połączyć ma trasa (tj. napór żądnych podróży kierowców) oraz różnego rodzaju opory, które poprowadzenie trasy mogłyby hamować.
Jeśli wielkości powyższe ułożą się tak, że powstanie kontrakt – powstanie zapewne i droga. Jeśli projekt okaże się nieopłacalny – drogi nie będzie.
W ten sposób – o ile transport drogowy nie zostanie w końcu zastąpiony jakimś bardziej sprawnym wynalazkiem (teleportacja? ;) – cały kraj pokryje sieć dróg rozmieszczonych w sposób najbardziej optymalny, łączących punkty, których połączenie jest najbardziej pożądane.
Oczywiście rzeczony krwiopijca zrobi wszystko, aby wydusić ze swoich dróg jak najwięcej pieniędzy. Postara się, żeby ginęło na nich jak najmniej ludzi, ustanowi najbardziej optymalne reguły ruchu drogowego i zapewni ich przestrzeganie, zsynchronizuje te zasady z innymi sieciami drogowymi, zminimalizuje uciążliwość opłat… Jak się nie postara to kierowcy skorzystają z konkurencji.
A w innej sypialni, inny potwór śnił będzie o nowych sposobach podróżowania, tak, żeby wykończyć to ohydne monstrum drogowe…
Maciej Dudek
RSS Feed
Posted in Uncategorized 
Pominąłeś istotny fakt- wszystkie te drogi byłyby płatne, co nie wszystkim kierowcom by odpowiadało i jeździliby i tak polnymi drogami byleby nie płacić. Tak zresztą jest teraz na autostradzie wielkopolskiej, gdzie większość ruchu odbywa się drogami lokalnymi zamiast autostradą. Powód- ździerstwo przy opłacie za przejazd.
Ale i teraz nie ma żadnych dróg bezpłatnych! Tzw. bezpłatność to jeden z najpotężniejszych mitów.
No ok, tylko kwestia ile kosztuje przejazd którą drogą. Tak co by konkretnie wiedzieć na co idą zrabowane nam pieniądze.
Już tam właściciel drogi zatroszczy się, żeby płacenie było łatwe, przyjemne i bardziej opłacalne od regularnych napraw spowodowanych jazdą po wertepach ;)
Macieju, zgadzam się z Tobą w zupełności. Nie znam niestety danych finansowych co wielkości podatków pobieranych od kierowców (są zapewne ukryte w wielu pozycjach typu np. akcyza na paliwa). Te pieniądze byłyby w kieszeniach kierowców i zapewniam pingwina, że jeżdziłby na lepszych drogach i sporo na tym zaoszczędził.
Za przykład podam handel detaliczny. Znam jego jakość za czasów komuny i znamy jego jakość teraz. Hipermarkety, średnie sklepy, małę sklepiki osiedlowe. Wszystko hula. Jak to się dzieje ? CZyżby Państwo im pomagało ? :-)
Nikt nie zdaje sobie sprawy ile niesamowitych efektów pociągnęłoby za sobą całkowite wycofanie się państwa w omawianym zakresie.
Ryzyko żadne: nawet najbardziej katastroficzny scenariusz etatystów – brak komunikacji drogowej, jest tak mało przerażający jak mało prawdopodobny.
Bez wątpienia po wycofaniu się państwa z budowy dróg wszelkie alternatywne formy transportu zyskałyby na znaczeniu. Pewnie ludzi na większe odległości najchętniej woziłoby się samolotami (a może raczej samolocikami).
W tej chwili budowa przez państwo “darmowych” dróg jest formą uprzywilejowywania posiadaczy samochodów ze szczególnym uwzględnieniem ciężkiego transportu drogowego. Kolej “drogę” musi sobie wybudować, spedytor tirowy – dostaje ją sfinansowaną z pieniędzy publicznych (również konkurencji).
Pewnie niektórych dróg, jakie teraz są, by nie było.